Tajne kody, jawne pytania


TAJNE KODY, JAWNE PYTANIA


Nikt nie wyjaśnił, dlaczego Rosjanie nie wydali prezydenckiego telefonu i z jakich powodów służby specjalne wykazują zainteresowanie niekodowanym aparatem. Są podstawy, by w tej szczególnej kwestii dotyczącej bezpieczeństwa tajnych łączy wykazać zasadny sceptycyzm co do oświadczeń tajnych służb.

Jedna z najważniejszych informacji związanych z katastrofą smoleńską została podana w dzienniku "Washington Times" w artykule Billa Gertza z 13 maja br. Autor, powołując się na "źródła w wywiadzie NATO", pisał, że "najbardziej znaczące jest to, że Rosjanie prawdopodobnie uzyskali ultratajne kody używane przez armie NATO do komunikacji satelitarnej".

Zdaniem Gertza „jeśli rosyjskie służby specjalne były w stanie odzyskać karty kodowe telefonów satelitarnych, będą w stanie rozkodować teraz całą natowską komunikację sprzed katastrofy". "To przełom dla rosyjskich służb" - informował dziennikarz, dodając, że "niemal na pewno natychmiast po katastrofie wydano wojskom państw NATO nowe kody”.

Informacja "Washington Times" jest istotna z kilku powodów. Przede wszystkim wskazuje, że dowództwo NATO bardzo trzeźwo ocenia działania Rosjan tuż po katastrofie prezydenckiego tupolewa i nie ma wątpliwości, że służby FR wykorzystały dostęp do tajnych danych znajdujących się na pokładzie samolotu.

Tajemnica telefonu satelitarnego

Przewidywania ogromnych strat wywiadowczych dla Sojuszu są w pełni uzasadnione. Jeśli kody natowskie zostały złamane, Rosjanie mogli uzyskać informacje z ostatnich miesięcy, a nawet lat, dotyczące planów obronnych, a także tożsamości agentów lub źródeł podsłuchu NATO.

Pojawia się również pytanie: czy poszukiwaniem przez Rosjan nośników tajnych danych znajdujących się na pokładzie samolotu nie należałoby tłumaczyć manipulacji dotyczących ustalenia faktycznego czasu katastrofy? Zatajenie przez kilkanaście minut informacji o wypadku pozwoliłoby służbom rosyjskim na swobodne działania i uzyskanie dostępu do tajnych kodów, nim szefostwo NATO uruchomiło procedury zabezpieczające. Ten czas mógł być potrzebny nie tylko dla zatarcia śladów wskazujących na prawdziwe przyczyny tragedii, ale również w celach wywiadowczych.

Wagę informacji ujawnionej przez waszyngtoński dziennik podkreśla także natychmiastowa reakcja przedstawicieli grupy rządzącej oraz kuriozalne oświadczenie płk. Krzysztofa Duszy, dyrektora gabinetu szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, który oświadczył, że „na pokładzie Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem, był zwykły telefon satelitarny; nie było tam "tajnych kodów", urządzeń ani materiałów kryptograficznych”. Takie dementi na publikację prasową w języku służb oznacza, że obawy NATO były w pełni zasadne.

Wcześniej rzecznik rządu Paweł Graś zapewniał, że na pokładzie samolotu nie było żadnych tajnych dokumentów ani nośników, na których byłaby zawarta wiedza dotycząca bezpieczeństwa państwa. Zapewniał też, że cały sprzęt elektroniczny ofiar katastrofy w Smoleńsku zabezpieczyli rosyjscy i polscy prokuratorzy wraz z przedstawicielami ABW oraz SKW. W sprzeczności z tym oświadczeniem, stała informacja przekazana w dniu 12 maja przez Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta, który przyznał, że polska prokuratura nie ma telefonu stacjonarnego z pokładu prezydenckiego samolotu i stara się go odzyskać, także z użyciem służb specjalnych.

Dlaczego Rosjanie nie wydali prezydenckiego telefonu, i z jakich powodów służby specjalne wykazują zainteresowanie niekodowanym aparatem – nikt nie wyjaśnił.

Są podstawy, by w tej szczególnej kwestii dotyczącej bezpieczeństwa tajnych łączy wykazać zasadny sceptycyzm co do oświadczeń polskich służb. Wynika on z dwóch powodów. Zdarzenia z ostatnich lat dowiodły, że formacje służb specjalnych „odzyskane” przez środowiska dawnej SB i WSI nie potrafią zapewnić nawet minimum bezpieczeństwa państwa i poza dbałością o interesy własne i swoich mocodawców nie wykazują zainteresowania obroną spraw polskich. Dość wymienić zaniedbania w sprawie geologa zamordowanego przez talibów, zaginięcie szyfranta Zielonki, braki w ochronie kontrwywiadowczej przetargów stoczniowych czy liczne afery z udziałem szefów służb i nie mniej częste przecieki tajnych informacji.

Są jednak i bardziej konkretne przesłanki, by uspokajające oświadczenia szefów służb traktować z dużą rezerwą.

Kto gra "Sylanem"

18 listopada ubiegłego roku „Rzeczpospolita” podała informację o problemach finansowych firmy TechLab 2000, z powodu których spółka ta została zmuszona do zastawienia na rzecz spółki Biatel SA dokumentacji technicznej i certyfikacyjnej urządzeń wchodzących w skład systemu Sylan, to zaś mogło doprowadzić do utraty kontroli nad systemem szyfrującym, używanym przez Kancelarię Premiera i Prezydenta. Sylan to system niejawnej łączności, stosowany w telefonach szyfrujących, w których poufność przekazywanych informacji zapewniana jest dzięki nowoczesnym technikom kryptograficznym.

Z wypowiedzi „znającego sprawę” oficera ABW wynikało, że pracownicy firmy Biatel mogli zapoznać się z tą technologią, za co odpowiedzialność – zdaniem ABW - ponosiłby zarząd spółki TechLab 2000. Artykuł w „Rzeczpospolitej” kończył się konkluzją komentującego sprawę płk. Mieczysława Tarnowskiego, (byłego wiceszefa ABW), który stwierdził: „jeśli będą dowody na wyciek technologii, Sylan zostanie wycofany z użytku. W ten sposób stracimy bardzo dobrą, całkowicie polską technologię”.

Dowiedzieliśmy się również, że w sierpniu 2009 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego powiadomiła prokuraturę o podejrzeniu ujawnienia tajemnicy służbowej. Zawiadomienie to miało związek z udzieleniem przez firmę Biatel pożyczki firmie TechLab 2000 na mocy umowy z 2008 r., opiewającej na kilka milionów złotych. 14 października 2009 r. Prokuratura Okręgowa w Warszawie zdecydowała o wszczęciu śledztwa w tej sprawie.

TechLab 2000 to stosunkowo niewielka firma powstała w 1993 r. jako spółka Instytutu Technologii Elektronowej. W roku 1995 kilku młodych naukowców Instytutu odkupiło udziały będące w posiadaniu ITE i rozpoczęło samodzielną działalność. Wśród światowych innowacji TechLab 2000 można wymienić miniaturowe sprzętowe generatory ciągu losowego oraz moduły kryptograficzne wykorzystywane w podpisie elektronicznym. Najnowszym produktem firmy był telefon komórkowy szyfrujący Xaos Gamma. Zastosowany w nim algorytm szyfrujący jest wyjątkowo trudny do złamania, a zarazem na tyle szybki, że nawiązanie łączności następuje już po 1,5 sekundy. Telefon został przetestowany przez Wydział Teleinformatyki Centrum Obsługi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w maju ub. r. uzyskał bardzo pozytywną opinię, również ze strony SKW.

Ale prawdziwą dumą firmy jest System Sylan - kompleksowe rozwiązanie służące zapewnieniu poufnej łączności głosowej. System może być używany w sieciach telefonii analogowych, cyfrowych i bezprzewodowych, i jest na tyle skuteczny i bezpieczny, że wykorzystywały go Kancelaria Prezydenta i Premiera. Od listopada 2008 r. z systemu Sylan, a konkretnie telefonów szyfrujacych ISDN Cygnus Titanium (+) Plus, korzysta również MON.

Żaden z dziennikarzy przekazujących w 2009 r. wiadomość o problemach TechLab 2000 nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, jak w rzeczywistości wygląda sytuacja, i co spowodowało, że firma stała się obiektem zainteresowania ABW. Tymczasem na stronie internetowej spółki zamieszczono oświadczenie jej zarządu, z którego wynikało, że ABW dąży do wyeliminowania systemu SYLAN z rynku w sposób całkowicie bezprawny, który nie tylko szkodził działalności firmy TechLab 2000, ale stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Władze spółki wskazywały na szereg działań ABW (jak np. zaniechanie w okresie ostatnich dwóch lat certyfikacji zgłoszonych przez spółkę systemów) zmierzających do zniszczenia dorobku firmy i poważenia bezpieczeństwa użytkowania systemu Sylan, by zastąpić go innym systemem komunikacji niejawnej, niewspółpracującym z łącznością na bazie Sylan. Sugerowano, że sytuacja finansowa firmy uległa pogorszeniu, ponieważ ABW celowo zaniechała certyfikacji zgłaszanych przez TechLab 2000 nowych rozwiązań, a spółka nie była w stanie wdrożyć ich do seryjnej produkcji i sprzedaży.

Docenili polską technologię

Jeszcze więcej wątpliwości pojawiało się, gdy przyjrzałem się wówczas spółce Biatel SA, jej działalności na styku biznesu i służb specjalnych oraz powiązaniom władz spółki ze środowiskami wojska i komunistycznych specsłużb. Założycielem Biatel SA, jej prezesem oraz głównym akcjonariuszem jest Stanisław Kalankiewicz. Firma i jej właściciel byli bohaterami głośnej przed siedmiu laty afery z wartym 1,1 mld dol. kontraktem na produkcję paszportów i dowodów osobistych, w której tle znajdziemy wszystko, czego potrzebowałby autor powieści szpiegowskich: grę obcych wywiadów, agentów służb specjalnych i skorumpowanych urzędników najwyższego szczebla.

W radzie nadzorczej Biatelu spotkamy znane nazwiska, np. Janusza Steinhoffa – byłego ministra gospodarki w rządzie Jerzego Buzka, czy gen. Leona Komornickiego – absolwenta Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie, w latach 1992–1998 zastępcę szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Te same osoby spotkamy w zarządzie spółki „Pol-Aqua”, zarejestrowanej przed trzema laty w Moskwie, w której 24 proc. udziałów ma Prokom Ryszarda Krauzego, a resztę partner rosyjski. Spółka dostała koncesję na poszukiwanie nafty i gazu, a w jej władzach znalazło się wielu byłych oficerów WSI. W Pol-Aquie był również zatrudniony płk Aleksander Lichocki - o czym dowiedzieliśmy się z zeznań Bronisława Komorowskiego złożonych przed prokuraturą.

O działaniach ABW, w związku z próbą wyeliminowania systemu Sylan, pisałem w „Gazecie Polskiej” w artykule Czy ABW gra w „głuchy telefon" ? ("GP" 47/2009).

Nie wiadomo, jak dziś wygląda sprawa, bo od tego czasu nie pojawiły się nowe informacje. Niewątpliwie natomiast wydarzenia z 10 kwietnia pozwalają spojrzeć na nią z całkiem innej perspektywy.

Gdy w 2009 r. media informowały o pojawieniu się w sprzedaży innowacyjnego telefonu Xaos Gamma produkcji TechLab 2000, jako ciekawostkę podawano fakt, iż rządy takich państw jak Rosja, Białoruś i Chiny zdążyły już u siebie wprowadzić zakazy stosowania metod szyfrowania opartych na systemie Sylan. W ten sposób państwa znane z dyktatorskich zapędów doceniły polską technologię, dostrzegając w niej zagrożenie wynikające z utraty nadzoru nad przepływem informacji. Powód zakazu wydaje się oczywisty: system Sylan zapewniał zbyt wysoki poziom szyfrowania danych, by możliwe było złamanie klucza i ich przechwycenie.

Pojawiają się pytania : dlaczego zatem dopuszczono do sytuacji, w której mogło dojść do wycieku technologii Sylan ? Dlaczego zaniechaniem certyfikacji doprowadzono TechLab 2000 do stanu konieczności, w którym firma zmuszona była podjąć współpracę z Biatel SA, a następnie wykorzystując ten fakt, próbowano zdyskredytować TechLab i podważyć bezpieczeństwo użytkowania systemu Sylan ? Czy rozmowy najważniejszych osób w państwie, prowadzone za pomocą systemu tajnych łączy, mogły być rozszyfrowane?

A wreszcie - czy telefony prezydenta Kaczyńskiego, osób z jego kancelarii i najwyższych dowódców wojska działały w strukturze szyfrowania systemu Sylan, czy też zastąpiono go innymi rozwiązaniami, wspieranymi przez szefostwo ABW ?

Prawdopodobne przejęcie przez Rosjan natowskich kodów używanych do komunikacji satelitarnej nie musi mieć związku z kuriozalnym zachowaniem polskich służb w sprawie systemu Sylan. Nie wolno jednak wykluczać, że już w ubiegłym roku podejmowano próby złamania tego systemu, a działania wobec spółki TechLab 2000 były nakierowane na eliminację skutecznego sposobu zabezpieczenia tajnej łączności. Zbyt wiele ważnych pytań pojawia się przy tym temacie, by można było go przemilczeć.


Aleksander Ścios
"Gazeta Polska", 03-06-2010.



Dowody matactwa katastrofy smoleńskiej


DOWODY MATACTWA KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ



Działania rosyjskiej prokuratury nie mają faktycznie na celu wyjaśnienia przyczyn katastrofy Tupolewa, lecz uwiarygodnienie wersji o błędzie pilotów. Zdobyliśmy rosyjskie dowody, że rosyjska wersja nie pokrywa się z prawdą.

Przyczyną upadku Tu-154 M był błąd pilota i ekstremalnie trudne warunki do lądowania – tę wersję rosyjski komitet kierowany przez Tatianę Anodinę lansuje jako jedynie słuszną od samego początku śledztwa. Według Anodiny, jej pracowników i rosyjskich polityków, nie istnieją najmniejsze przesłanki uzasadniające tezę o jakiejkolwiek inspiracji rosyjskiej ani o próbie zamachu. Tatiana Anodina i współpracujący z nią rosyjscy prokuratorzy od początku wykluczają też jakąkolwiek winę Rosjan. Co więcej – w swoich komunikatach MAK podkreśla, że strona rosyjska dochowała wszelkich procedur od samego początku. Już po kilku minutach po tragedii na miejscu pojawiła się bowiem rosyjska ekipa ratunkowa, której niestety nie udało się nikomu pomóc, bowiem żaden z pasażerów nie przeżył.

Według MAK, Rosjanie dochowali również wszystkich innych procedur : zabezpieczyli zwłoki, zidentyfikowali je, a później przetransportowali do Polski. Zapewnili również opiekę i pomoc dla rodzin ofiar. Ta propaganda zaczęła się w dniu katastrofy i trwa nieprzerwanie czwarty miesiąc. „Najwyższy CZAS!” zdobył dowody, że wersja strony rosyjskiej w całości rozmija się z prawdą. I co ciekawe, są to dowody wytworzone przez stronę rosyjską.

Tajne zdjęcia

W ręce dziennikarza „Najwyższego CZASU!” wpadło ponad 100 zdjęć wykonanych w miejscu katastrofy przez funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Zdjęcia te zdobył polski wywiad, a naszej redakcji przekazał je znajomy oficer Agencji Wywiadu. Najważniejsze zdjęcie zostało wykonane o godzinie 14:52 czasu moskiewskiego czyli o 12.52 czasu polskiego. Przedstawia zwłoki Lecha Kaczyńskiego leżące wśród szczątków rozbitego samolotu. Zwłoki są w stanie zbliżonym do nienaruszonego. Gdyby nie oderwana noga, Lech Kaczyński wygląda, jakby spał. To zdjęcie obala wiele fałszywych informacji na temat katastrofy. Po pierwsze : dowodzi, że zwłoki prezydenta zostały zidentyfikowane znacznie wcześniej, niż ogłosili to oficjalnie Rosjanie. Bowiem dopiero kilkanaście minut po godzinie 16:00 gubernator obwodu smoleńskiego poinformował opinię publiczną o odnalezieniu zwłok Kaczyńskiego.

Omawiane zdjęcie nie pasuje do wersji, którą przedstawili później Maks Kraczkowski i Joachim Brudziński – dwaj posłowie PiS, którzy 10 kwietnia wieczorem towarzyszyli Jarosławowi Kaczyńskiemu w drodze na identyfikację zwłok. – Zwłoki prezydenta były zmasakrowane. Noga i ręka były oderwane od korpusu – wspominał jeden z posłów, odmawiając podania do publicznej wiadomości dalszych szczegółów. Jest absolutnie niemożliwe, aby Jarosław Kaczyński i jego najbliżsi współpracownicy kłamali, mówiąc o tym, w jakim stanie są zwłoki prezydenta. Wyjaśnienie tej zagadki może być tylko jedno : zwłoki Lecha Kaczyńskiego najpierw przez ponad 4 godziny leżały nie pilnowane obok wraku samolotu, a później zostały celowo zmasakrowane przez Rosjan! I w takim stanie zobaczyli je dopiero wieczorem posłowie PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Nasuwa się więc pytanie : czy zwłoki zmasakrowano po to, aby ukryć prawdziwe okoliczności śmierci polskiego prezydenta ?

Zdjęcie zwłok prezydenta dowodzi również tego, że na miejscu nie ma ani polskich ochroniarzy z BOR, ani nikogo z Rosjan, kto pilnowałby ciała Kaczyńskiego. W oczywisty sposób przeczy to zapewnieniom BOR o dochowaniu procedur (kierownictwo BOR zapewniało, że na miejsce natychmiast przybyli funkcjonariusze BOR, którzy przykryli zwłoki prezydenta marynarką i zapobiegli wykonywaniu zdjęć).

Tajny zapis

Na omawianych zdjęciach bardzo dobrze widać poszczególne fragmenty rozbitego Tupolewa. Bardzo dobrze widać silniki i wirniki, które zachowały się w stanie niemal nienaruszonym. Ekspert-pirotechnik, który jako jeden z pierwszych obejrzał te zdjęcia, doszedł do wniosku, że przeczą one wersji MAK o przebiegu katastrofy. W ostatnich sekundach lotu kapitan Arkadiusz Protasiuk otworzył całkowicie przepustnicę i zwiększył ciąg do maksymalnego. Nie zdążył jednak podnieść samolotu. Maszyna uderzyła więc o ziemię na pełnym ciągu. Z danych technicznych tupolewa wynika, że jego turbina pracuje średnio z prędkością 12 tys. obrotów na minutę a w sytuacji całkowitego otwarcia przepustnicy – z prędkością dochodzącą nawet do 20 tys. obrotów na minutę. – Jeśli o ziemię uderzy silnik pracujący z taką prędkością, wirniki i części turbiny muszą rozpaść się na drobne kawałki, które można znaleźć w odległości kilku kilometrów – uważa biegły (prosił, by na razie nie podawać jego nazwiska do publicznej wiadomości). – Tymczasem silniki Tupolewa zachowały się prawie niezniszczone.

Według jego ekspertyzy, może to świadczyć tylko o tym, że w momencie uderzenia silnik nie pracował. Tylko ten fakt stanowi jedyne logiczne wytłumaczenie tego, że tuż przed uderzeniem o ziemię samolot nagle zniżył lot. – Zniżył lot, bo silniki nie pracowały i nie było mocy, aby pchać maszynę – mówi biegły. Według niego, ślady barwy popielatej, które zachowały się na wraku silnika, to ślady materiału grafitowego, który zablokował pracę turbiny i wirników, powodując najpierw gwałtowne zejście samolotu, a później uderzenie o ziemię. Zatrzymane silniki, które nie pracowały w momencie uderzenia, nie wybuchły i dlatego pozostały całe. Z oficjalnego komunikatu rosyjskiego komitetu wynika, że samolot zahaczył skrzydłem o drzewo, w wyniku czego odwrócił się na grzbiet i uderzył o ziemię.

Tej wersji przeczą zdjęcia, na których widać koła i golenie samolotu (metalowe elementy łączące koła z kadłubem). Są wyraźnie zabrudzone błotem. Jak to się stało, że koła i golenie samolotu wybrudziły się błotem, skoro maszyna uderzyła o ziemię odwrócona ? Elementy te mogły mieć co najwyżej ślady zachlapania odpryskami błota, tymczasem ich wygląd (gruba warstwa błota) wskazuje, że samolot uderzył dolną częścią o rozmiękczoną ziemię, przekoziołkował i odwrócił się na grzbiet.

Tajne nagranie

Wersji lansowanej przez MAK i rosyjską prokuraturę najbardziej przeczy amatorski film nagrany telefonem komórkowym tuż po katastrofie. Widać na nim sylwetki biegających ludzi i słychać odgłosy strzałów. Film został umieszczony na popularnym serwisie internetowym YouTube kilka godzin po katastrofie. Do jego wykonania przyznał się Władimir Iwanow – 30-letni mechanik samochodowy z wioski Siewiernyj pod Smoleńskiem. Iwanow stwierdził, że na miejscu nie widział żadnych osób, a źródłem strzałów były wybuchy amunicji z magazynków należących do funkcjonariuszy BOR towarzyszących prezydentowi. – Byłem w wojsku, znam się na tym – mówił Iwanow. Okazało się, że wcześniej Iwanow złożył inne zeznanie, w którym stwierdził, że na miejscu widział obce osoby. Co więcej – podał nieprawdziwe dane odnośnie telefonu komórkowego. Aparat telefoniczny, którym, jak twierdził, wykonał film, nie posiada kamery ani funkcji nagrywania! Później okazało się, że Iwanow kłamał jeszcze jeden raz. Źródłem odgłosu strzałów nie mogła być amunicja należąca do funkcjonariuszy BOR. Znalezione przy nich magazynki były bowiem… pełne i nie wybuchły po katastrofie.

Faktycznym autorem filmu był niejaki Andriej Mendierej – chłop mieszkający w pobliżu lotniska Siewiernyj. Tego ranka przechadzał się po okolicznych lasach, gdy w pobliżu upadł samolot Lecha Kaczyńskiego. Mendierej chwycił za telefon komórkowy i natychmiast nagrał wszystko to, co się działo. Zdając sobie sprawę z tego, co widział i słyszał, Mendierej natychmiast umieścił film w internecie. Pozostawił po sobie ślady, po których go zidentyfikowano. 14 kwietnia 2010 roku spotkał się z nim oficer Agencji Wywiadu podający się za pracownika śledczego polskiej prokuratury. Z notatki polskiego wywiadowcy („Najwyższy CZAS!” dysponuje jej kopią) wynika, że Mendierej wyraził zgodę na współpracę i złożenie zeznań, jednak poprosił, aby polska prokuratura załatwiła mu prawo pobytu w Polsce i przyznała ochronę. Zeznań złożyć nie zdążył.

Następnego dnia został zasztyletowany w Kijowie i kilka godzin później zmarł. Zabezpieczony w internecie film trafił do technika pracującego dla AW i ABW. Po kilku tygodniach ekspert oczyścił film z szumów. Po oczyszczeniu słychać komendy: strielaj, strielaj i rosyjskie zdanie: eta żenszczina żywiot („ta kobieta żyje”). Słychać po polsku prośbę : „Nie dobijajcie nas”. W 37. sekundzie filmu widać mężczyznę w garniturze, który wyczołguje się spod wraku samolotu.

Tajemniczy telefon

Nagranie kończy się chwilę po tym, jak na lotnisku włączone zostały syreny alarmowe. Chwilę później na miejscu zjawiły się ekipy ratunkowe, dochodzeniowcy z OMON-u, lekarze i grupy ratunkowe z FSB. Wśród nich był pułkownik Nikita Siergiejewicz Pawlenko – zastępca szefa dochodzeniowców ze smoleńskiego OMON-u. Następnego dnia, w rozmowie z prokuratorem, Pawlenko zeznał, że w sobotę 10 kwietnia miał zaplanowany urlop, ale został wezwany nagłym telefonem przez szefa, który kazał mu jechać na lotnisko Siewiernyj, gdzie rozbił się samolot z polskim prezydentem.

Zaskoczenie śledczych wzbudziło to, że z drugiego końca miasta pułkownik przyjechał samochodem w ciągu kilku minut. Polski wywiad postanowił zweryfikować tę relację poprzez biling telefoniczny oficera. Okazało się, że jedyny tego dnia telefon pułkownik Pawlenko otrzymał o godzinie 8:31, a więc wtedy, gdy samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie był jeszcze w powietrzu. – Okoliczności upadku tupolewa wyglądają coraz bardziej zagadkowo – mówi Beata Kempa z PiS, członek zespołu wyjaśniającego katastrofę. – Im dłużej trwa śledztwo, tym więcej pojawia się pytań i zagadek – dodaje.

Wszystkie te niejasności coraz bardziej wskazują na to, że Lech Kaczyński zginął w wyniku zamachu.


Leszek Szymowski
"Najwyzszy Czas", 01-08-2010.



Smoleńska cena umowy gazowej


SMOLEŃSKA CENA UMOWY GAZOWEJ



Aktywność prezydenta Lecha Kaczyńskiego na forum UE w sprawie bezpieczeństwa energetycznego Polski budziła wściekłość grupy rządzącej i była przedmiotem rozlicznych gier i medialnych ataków. W tym kontekście dość niezwykle zabrzmiały słowa Władimira Putina wypowiedziane podczas konferencji prasowej w Smoleńsku 7 kwietnia br., gdy premier Rosji zapewnił, że „podpisanie niezbędnej dokumentacji nastąpi w niedługim terminie”, i poinformował, że podczas rozmów z Tuskiem umówili się na długoterminowe dostawy do Polski rosyjskiego gazu.

Historia obecnych negocjacji aneksu do umowy międzyrządowej w sprawie dostaw rosyjskiego gazu ma już ponad 20 miesięcy. Jej szczegółowe przedstawienie miałoby zapewne objętość sporej książki i okazało się niestrawne dla większości odbiorców. Trzeba jednak przypomnieć niektóre istotne fakty.

Geneza rokowań sięga przełomu lat 2008–2009, kiedy wybuchł rosyjsko-ukraiński spór gazowy. Zawarte w styczniu 2009 r. porozumienie między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem wyeliminowało z pośrednictwa handlu gazem spółkę RosUkrEnergo (w której Gazprom miał połowę udziałów), co z kolei spowodowało obniżenie dostaw gazu do Polski.

Stan permanentnej kapitulacji

Pod koniec stycznia 2009 r. polski Gaz-System i Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo poinformowały, że RosUkrEnergo, dostarczająca dotychczas ok. 2,5 mld m sześc. gazu rocznie, zaprzestała dostaw. Kilka dni później Donald Tusk po spotkaniu z Władimirem Putinem w czasie obrad Światowego Forum Ekonomicznego w Davos oznajmił, że „problem z dostawami gazu do Polski prawdopodobnie zostanie rozwiązany”. Pierwszy warunek tego „rozwiązania problemu” został ujawniony z początkiem marca 2009 r., gdy minister transportu Rosji Igor Lewitin przyznał, że Gazprom jest gotów dostarczyć Polsce dodatkowe ilości gazu, ale tylko wtedy, jeśli ta zrezygnuje z pośrednika i podpisze aneks do umowy międzyrządowej z 1993 r.

Tego rodzaju zachowania w stosunkach międzynarodowych, wymuszone niezawinionym przez Polskę konfliktem rosyjsko-ukraińskim i zerwaniem dostaw przez spółkę zależną od Gazpromu, nie sposób nazwać inaczej jak szantażem. Nieco później dowiedzieliśmy się, że PGNiG zapłaciło RosUkrEnergo zaległe 70 mln dol. za dostawy gazu z grudnia 2008 r., co w sposób oczywisty pozbawiło Polskę ważnego argumentu finansowego i mogło wzbudzić w Rosjanach przeświadczenie, że rząd Tuska jest gotów do dalszych ustępstw.

Od tego momentu w historii negocjacji przewijają się dwa podstawowe elementy. Z jednej strony kolejne, mniej lub bardziej jawne, żądania wysuwane przez stronę rosyjską, z drugiej zaś zapewnienia rządu Donalda Tuska, że lada moment kontrakt zostanie podpisany. Ze strony rządu proces ten cechuje stan permanentnej kapitulacji, a Rosjanie tylko pozornie prowadzą niepojętą grę na czas, odwlekając efekt końcowy.

Warto poszukać odpowiedzi na dwa ważne pytania: dlaczego w ogóle przyjęto szantaż ze strony Rosji oraz dlaczego umowa nie została podpisana do chwili obecnej ?

Wbrew temu, co twierdzi propaganda grupy rządzącej, decyzji o rozpoczęciu negocjacji długoterminowej międzyrządowej umowy nie można oceniać inaczej jak decyzji politycznej, nieznajdującej uzasadnienia w polskich projektach dywersyfikacyjnych. Obowiązująca wówczas rządowa „Polityka dla przemysłu gazu ziemnego” z marca 2007 r. (opracowana jeszcze przez rząd PiS) zakładała, że głównymi działaniami wzmacniającymi bezpieczeństwo energetyczne państwa będą: terminal do odbioru gazu skroplonego, bezpośrednie połączenia gazociągiem ze złożami skandynawskimi (Baltic Pipe), zwiększenie krajowego wydobycia, zawarcie kontraktów długoterminowych na dostawy gazu ze źródeł innych niż rosyjskie. Rząd Tuska do tych działań dodał rozbudowę magazynów gazu oraz budowę połączeń z Niemcami i Czechami, co już podważało opłacalność inwestycji terminalu w Świnoujściu i było sprzeczne ze strategią dywersyfikacji, która wprost zabraniała budowy połączeń międzysystemowych skutkujących dalszym uzależnieniem dostaw gazu do Polski od jednego producenta.

Jak napisano w opracowanej przez BBN „Analizie działań na rzecz bezpieczeństwa energetycznego dostaw gazu” z listopada 2009 r., „Budowa połączeń międzystemowych z Niemcami, Czechami czy Austrią, a także zwiększenie do Polski dostaw gazu w wyniku renegocjacji »kontraktu jamajskiego«, może nasycić rynek krajowy gazem przed wybudowaniem gazoportu w Świnoujściu i tym samym utrudnić podpisanie kolejnych kontraktów na gaz skroplony. Wymienione czynniki będą wpływać na to, czy terminal LNG zostanie ważnym instrumentem dywersyfikacji, czy też jego wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju będzie umiarkowany”.

Trzeba też pamiętać, że w czasie podjęcia decyzji o paktowaniu z Gazpromem obowiązywała umowa z Rosją zawarta do roku 2022 (której zapisy należało egzekwować) oraz istniały realne możliwości zapewnienia dostaw gazu z innych niż rosyjskie źródeł. Ważną przesłanką, że chodziło o decyzję polityczną, jest fakt, iż od chwili przejęcia władzy przez obecny układ nie uczyniono nic w sprawie projektu Baltic Pipe – podmorskiego rurociągu łączącego Polskę z Danią, który zgodnie z harmonogramem miał być oddany do użytku w 2010 r. 16 czerwca 2009 r. OGP Gaz-System SA wstrzymał realizację projektu Baltic Pipe z powodu „braku zainteresowania na gaz”. Choć Komisja Europejska przyznała inwestycji wsparcie finansowe, zabrakło decyzji rządowej o nadaniu temu projektowi, podobnie jak budowie terminalu LNG, statusu projektu o strategicznym dla państwa znaczeniu.

Mając na uwadze, że już w marcu 2008 r. doszło w Ministerstwie Gospodarki do rozwiązania Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii, którego urzędnicy nie mieli po prostu nic do roboty, można uznać, że grupa rządząca wprost oczekiwała na rosyjską „propozycję nie do odrzucenia” i przyjęła ją, nie bacząc na narodową strategię bezpieczeństwa energetycznego.

Wbrew twierdzeniom Tuska i Pawlaka, jakoby decyzja o podpisaniu kontraktu gazowego z Rosją wynikała z kalkulacji ekonomicznych (których nikt do tej pory nie przedstawił) i nie ma nic wspólnego z żadną „ideologią” – była ona podyktowana wyłącznie racjami politycznymi, wynikającymi z dogmatycznego kosmopolityzmu i antypolonizmu Platformy, jej związków z postsowiecką agenturą oraz reorientacji na „poprawę stosunków” z Rosją i Niemcami, co w praktyce oznaczało zwrot ku politycznemu serwilizmowi. Jedyny „interes ekonomiczny” mógł wynikać z faktu, że grupa rządząca reprezentuje interesy lobby rosyjskiego, doskonale ulokowanego w establishmencie III RP i była zainteresowana ponownym umieszczeniem Polski w strefie wpływów Moskwy.

Z tej przyczyny to umowa gazowa jest tym najważniejszym kluczem do zrozumienia scenariusza zdarzeń z ostatnich kilkudziesięciu miesięcy i stanowi punkt centralny, wokół którego rozgrywają się inne, mniej lub bardziej symboliczne sytuacje. Wszystkie one będą jedynie odbiciem koncepcji, która legła u podstaw traktatu gazowego.

Samotna walka prezydenta Kaczyńskiego

W żadnym innym obszarze, jak w sprawie bezpieczeństwa energetycznego nie widać wyraźnie dwóch różnych i przeciwstawnych wizji rozwoju Polski – między koncepcją prezydenta Lecha Kaczyńskiego a pomysłami grupy rządzącej.


Aleksander Ścios
"Gazeta Polska", wiadomosci.wp.pl, 22-09-2010.



"Misja specjalna" - 16.06.2010


"MISJA SPECJALNA" - 16.06.2010


Część 1/3 :


6q2b7y
YouTube, 19-06-2010.



Część 2/3 :


6q2b7y
YouTube, 19-06-2010.



Część 3/3 :


6q2b7y
YouTube, 19-06-2010.




"Misja specjalna" - 02.06.2010


"MISJA SPECJALNA" - 02.06.2010


Część 1/3 :


6q2b7y
YouTube, 03-06-2010.



Część 2/3 :


6q2b7y
YouTube, 03-06-2010.



Część 3/3 :


6q2b7y
YouTube, 03-06-2010.




"Misja specjalna" - 26.05.2010


"MISJA SPECJALNA" - 26.05.2010


Część 1/3 :


6q2b7y
YouTube, 27-05-2010.



Część 2/3 :


6q2b7y
YouTube, 27-05-2010.



Część 3/3 :

6q2b7y
YouTube, 27-05-2010.




"Misja specjalna" - 19.05.2010


"MISJA SPECJALNA" - 19.05.2010


Część 1/3 :


6q2b7y
YouTube, 22-05-2010



Część 2/3 :


6q2b7y
YouTube, 23-05-2010



Część 3/3 :


6q2b7y
YouTube, 23-05-2010




Rosja nie da nam akt ws. katastrofy, o które prosiliśmy


ROSJA NIE DA NAM AKT WS. KATASTROFY, O KTÓRE PROSILIŚMY



Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) przekazał stronie polskiej nowe dokumenty w sprawie kwietniowej katastrofy pod Smoleńskiem prezydenckiego Tu-154 M. Zdaniem przedstawiciela Polski przy MAK Edmunda Klicha nie są to dokumenty, o które proszono.

Pułkownikowi Klichowi przekazano instrukcję techniczną, instrukcję użytkowania w locie, a także dziennik obsługi technicznej, tj. książkę eksploatacyjną tupolewa, zawierającą zapis przeglądów i napraw samolotu. Ogółem przekazano około 4 tys. stron. Wszystkie te dokumenty znajdowały się na pokładzie rozbitej maszyny.

Klich powiedział polskim dziennikarzom, że nie są to wciąż dokumenty, o które prosił. Wyjaśnił, że strona polska w dalszym ciągu nie ma wszystkich materiałów, związanych z lotniskiem w Smoleńsku i procedurami tam obowiązującymi.

- Najważniejszy z otrzymanych dokumentów to książka eksploatacyjna samolotu, w której są zapisane wszystkie dane techniczne dotyczące prac wykonywanych przy samolocie - poinformował.

- Powiedziano mi, że już żadnych innych dokumentów nie dostaniemy
Edmund Klich, polski akredytowany przy MAKPowiedziano mi, że już żadnych innych dokumentów nie dostaniemy. Oprócz ostatniej części instrukcji użytkowania w locie, którą otrzymamy po zakończeniu wszystkich prac - dodał Klich. Powiedział też, że poinformowano go, iż wszystkie odpowiedzi na pytania, które zadawał, znajdą się w projekcie raportu końcowego. Ten będzie za kilka tygodni.

Wciąż wiele wątpliwości

Zastrzegający sobie anonimowość ekspert z Polski, który uczestniczył w postępowaniu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, wyjaśnił, że strona rosyjska przyjęła, iż w wypadku lotniska w Smoleńsku obowiązują procedury Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego (ICAO), opisane w AIP Rosji. AIP Rosji to zbiór informacji aeronawigacyjnych, czyli danych o lotniskach, drogach lotniczych i obowiązujących procedurach.

Polscy specjaliści się z tym nie zgadzają. Argumentują, że lotnisko w Smoleńsku nie jest wyposażone według standardów ICAO, więc nie mogą tam obowiązywać procedury tej organizacji. Smoleńskiego lotniska nie ma też w AIP Rosji, co oznacza, że strona rosyjska nie uważa go za lotnisko cywilne dopuszczone do ruchu międzynarodowego.

Wcześniej strona rosyjska utrzymywała, że lotnisko Siewiernyj jest lotniskiem wojskowym. Właśnie tym uzasadniała opóźnienie w przekazywaniu Polsce niektórych materiałów.

- Najważniejszy z otrzymanych dokumentów to książka eksploatacyjna samolotu, w której są zapisane wszystkie dane techniczne dotyczące prac wykonywanych przy samolocie - poinformował przedstawiciel Polski przy MAK.

Eksperci wracają

Pułkownik Klich poinformował, że polscy eksperci wracają do Polski. Nastąpi to w czwartek. Zaznaczył, że ich wyjazd z Moskwy nie jest protestem. - Strona rosyjska prosiła nas o kilka tygodni spokoju na pisanie raportu - powiedział.

- Można powiedzieć, że my swoją pracę tutaj zakończyliśmy - oznajmił podkreślając, że polscy eksperci mają w wielu sprawach inne zdanie niż strona rosyjska.

Przedstawiciel Polski poinformował, że w środę przekaże kierownictwu MAK pismo, w którym przedstawi wszystkie swoje wątpliwości, dotyczące dotychczasowych ustaleń strony rosyjskiej.

Jermołow ze swej strony podkreślił, że była to czwarta porcja materiałów dotyczących katastrofy polskiego Tu-154 M, którą Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przekazał Polsce.

Zaznaczył też, że strona polska nie przekazała Międzypaństwowemu Komitetowi Lotniczemu wyników odczytu nagrań z rejestratorów lotu, dokonanego w Polsce, o co MAK ją prosił.

7 września MAK przekazał stronie polskiej dokumenty dotyczące kontrolerów lotów z lotniska Siewiernyj w Smoleńsku, którzy pracowali tam 7 i 10 kwietnia, tj. w dniu, gdy lądowały tam samoloty premierów Rosji i Polski, Władimira Putina i Donalda Tuska, oraz w dniu wypadku tupolewa z prezydentem Lechem Kaczyńskim.

6 września Klichowi wręczono dokumenty dotyczące remontu kapitalnego, jaki Tu-154 M w drugiej połowie 2009 r. przeszedł w zakładach lotniczych Awiakor w Samarze. Wśród przekazanych wtedy dokumentów były też protokoły z eksperymentu, który przeprowadzono na symulatorach lotu w porcie lotniczym Szeremietiewo w Moskwie, a w ramach którego modelowano podejście polskiego tupolewa do lądowania w Smoleńsku z uwzględnieniem warunków pogodowych, jakie panowały tam 10 kwietnia.

PAP dowiedziała się ze źródła zbliżonego do MAK, że dokumentacja na temat smoleńskich kontrolerów liczy około 80 stron. Wśród przekazanych materiałów są dokumenty potwierdzające ich kwalifikacje zawodowe oraz poziom wyszkolenia ogólnego i specjalistycznego.

Natomiast 25 sierpnia MAK przekazał 251 dokumentów, łącznie 10 tys. stron. Znajdują się wśród nich oryginały materiałów, które znaleziono na miejscu katastrofy, m.in. różne instrukcje, w tym pierwsza część instrukcji użytkowania w locie, dokumentacja konstrukcyjna, dokumenty nawigacyjne, dokumentacja techniczna urządzeń pokładowych, informatory, tablice, schematy, wykazy.

Poza dokumentami z samolotu przekazane zostały wtedy także: AIP Rosji, kopie wyników analizy paliwa, olejów i smarów, liczące 20 stron. MAK zaznaczył, że paliwo, oleje i smary w rozbitej maszynie były zgodne z normami.

Materiały z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego trafiają do Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w Warszawie, która niezależnie od MAK oraz prokuratur obu krajów wyjaśnia przyczyny i okoliczności katastrofy polskiego samolotu. Jej pracami kieruje minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller.

W lipcu Klich wystosował pismo do władz MAK, w którym zwrócił się o udostępnienie różnych materiałów z prac Komitetu. W sierpniu ponowił swój wniosek. Przedstawiciel Polski przy MAK prosił m.in. o dokumentację lotniska w Smoleńsku, raport z oblotów technicznych tego lotniska, zapis rozmów z wieży kontroli lotów w dniu katastrofy i protokoły przesłuchań świadków.

Odpowiadając na pierwsze z pism Klicha, MAK wyjaśnił, że nie zawsze wszystko może mu udostępnić, gdyż lotnisko w Smoleńsku jest wojskowe, więc tego rodzaju kwestie muszą być uzgadniane z wojskiem.

Miller oświadczył w poniedziałek, że dokumenty, które kierowana przez niego komisja w ostatnich dniach otrzymała z Moskwy, nie są jeszcze kompletną dokumentacją z Rosji. Szef MSWiA wyjaśnił, że chodzi przede wszystkim o dokumenty dotyczące lotniska w Smoleńsku.

W katastrofie Tupolewa pod Smoleńskiem 10 kwietnia zginęło 96 osób, w tym prezydent RP Lech Kaczyński i jego małżonka Maria. Polska delegacja leciała do Katynia na uroczystości upamiętniające 70. rocznicę mordu NKWD na polskich oficerach.

Co z nagraniami rozmów z wieży kontrolnej ?

Jak podało RMF FM, w przekazanych we wtorek materiałach nie ma nagrań rozmów z lotniska Siewiernyj. Jednak - również według wiedzy RMF FM - polscy eksperci od dawna mają komplet nagrań rozmów z wieży kontroli lotów w Smoleńsku. Według Edmunda Klicha były to jedne z pierwszych materiałów, które otrzymała polska komisja.

Te nagrania wciąż są analizowane w Warszawie. Od połowy sierpnia pracuje nad nimi Edmund Klich, polski przedstawiciel w Moskwie. Klich nie chciał ujawnić szczegółów, jednak - jak twierdzi - to kluczowy materiał.

- Są trzy zapisy. Bardzo wyraźna korespondencja radiowa, rozmowy telefoniczne też wyraźne. I jest też tzw. tło. Na nim są rozmowy telefoniczne, komendy kierownika lotu i rozmowy między osobami. To jest kopalnia wiedzy - powiedział Klich w rozmowie z RMF FM.


(pp, mj, tw, meg, oso)
wiadomosci.wp.pl, 21-09-2010.



Najnowszy film z lotniska Siewiernyj : Ту-154 Останки самолета разбившегося под Смоленском


NAJNOWSZY FILM Z LOTNISKA SIEWIERNYJ :
Ту-154 Останки самолета разбившегося под Смоленском


Na YouTube w poniedziałek 19 września pojawił się najnowszy film pokazujący wrak prezydenckiego samolotu.

W dwuminutowym filmiku nakręconym telefonem komórkowym widać części Tupolewa leżące na płycie lotniska. Wrak od miesięcy niszczeje na otwartym powietrzu. Szczątki samolotu nie są niczym przykryte a teren dalej nie jest zabezpieczony. Każdy może podejść, nakręcić sobie film, poszperać we wraku, przy okazji coś zabrać...

Szczątki maszyny są bardzo istotne w śledztwie. Zdaniem ekspertów wrak Tupolewa wkrótce przerdzewieje i badania na jego częściach nie będą miały sensu. Leżące pod gołym niebem żelastwo skazane na znoszenie kaprysów pogody będzie wyjałowione z jakichkolwiek śladów.

Niestety, mimo usilnych próśb, Rosjanie zwlekają z przeniesieniem szczątków Tupolewa do hangaru. Ponad miesiąc temu obiecali, że okryją go brezentowym pokryciem. Jak widać nie zrobili tego.

Taka bieda w tej Rosji... na zwykłą folię ich nie stać. Co dopiero na ogrodzenie lotniska !...


■ "Wrak Tupolewa w ogóle nie jest pilnowany. Przekonał sie o tym korespondent RMF FM, który bez żadnych problemów mógł podejść do ogrodzenia lotniska i z odległości kilkunastu metrów od wraku robił zdjęcia. Jak przyznaje, w okolicy nie było żadnych żołnierzy, nikt też nie zainteresował się jego obecnością." (niezalezna.pl : Wrak Tupolewa bez specjalnej ochrony)




Этот и другие фильмы в отличном качестве в группе http://vkontakte.ru/club5751308

poka4anu
YouTube, 19-09-2010.


Po polsku : Ten i inne filmy w doskonałej jakości w grupie http://vkontakte.ru/club5751308

Screeny z grupy VK :

1.

2.


Zobacz także :
■ Nowy film z lotniska w Smoleńsku : wrak Tu-154 niezabezpieczony




"Współpracy już nie ma"


"WSPÓŁPRACY JUŻ NIE MA"



"Powiedziano nam, że to już wszystko. Że oni teraz przygotowują projekt raportu i że już współpracy nie ma. Nie ma takiej potrzeby według nich" - powiedział płk Edmund Klich po powrocie z Moskwy. Polaka powiadomiono, że MAK przekaże jutro ostatnią partię dokumentów ws. katastrofy pod Smoleńskiem.

We wtorek Federacja Rosyjska ma przekazać ostatnią partię dokumentów dotyczących katastrofy pod Smoleńskiem - informuje radio TOK FM.

Wśród dokumentów przygotowanych do przekazania jest instrukcja techniczna, instrukcja użytkowania w locie, a także 'dziennik obsługi technicznej' Tupolewa. Nie do końca wiadomo co kryje się pod tą ostatnią nazwą. Najprawdopodobniej chodzi o książkę serwisową, jednak polski przedstawiciel akredytowany przy rosyjskim komitecie... nie był w stanie tego potwierdzić.

"Powiedziano nam, że to już wszystko. Że oni teraz przygotowują projekt raportu i że już współpracy nie ma. Nie ma takiej potrzeby według nich" - powiedział płk Klich. Dlatego, jak poinformował, w czwartek wylatuje do Polski i do Moskwy już nie będzie wracał.

Tymczasem przedstawiciel Polski wciąż ma wiele pytań do MAK. "Nie mamy na przykład protokołu z oblotu, poza tym w przypadku niektórych kwestii nie zgadzamy się ze stanowiskiem Rosji" - tłumaczył Klich.

Z Edmundem Klichem rozmawiała także "Misja specjalna". "Wnioskowaliśmy jeszcze o kolejne przepisanie, wszystko, co się działo na stanowisku dowodzenia. Bo odpis wszystkich rozmów z wieży był prowadzony w Smoleńsku w warunkach niekoniecznie laboratoryjnych. Odpis, który zrobili Rosjanie, jest bardzo dziurawy, bardziej dziurawy niż ten z samolotu, a tam jest 25 proc. anonimów i niezrozumiałych komend. Według mnie jest tam bardzo dużo informacji, które trzeba by rozczytać, ustalić... Bo to jest cały proces, który doprowadził do wyrażenia zgody na to podejście nieszczęśliwe. Chcieliśmy to zrobić w warunkach laboratoryjnych i mamy pewne problemy, tak bym powiedział" - powiedział polski akredytowany przy MAK.


Grzesiek Wierzchołowski
"Misja specjalna", TOK FM, niezalezna.pl, 20-09-2010.